Obraz nadchodzi
W lipcu odbywała się peregrynacja Czarnej Madonny czyli jak mówili wszyscy: Obraz. Kiedy tylko proboszcz ogłosił, że ikona z naszego sanktuarium odwiedzi Hektary, matka razem z babką wzięły się za sprzątanie zapyziałego domu. Czyściły osmolone ściany, pastowały podłogi, wymiatałaby śmieci spod łóżek i pajęczynę, polerowały wszystko denaturatem, octem i gazetami, wymieniały skiśniętą słomę w siennikach, gazowały pokoje muchozolem. Umyły nawet liski kwiatów - czule jak niemowlaka. Na koniec skropiły palmą, moczoną w świeconej wodzie, ganek i progi, aby w tym dniu muchy omijały nasz dom. Muchy jednak miały gdzieś babcine prestidigitatorstwo i jak zawsze przelatywały przez dziury w firance zawieszonej na sznurku w drzwiach i krążyły pod żyrandolem.
Późnym popołudniem babka wyjęła z szafy kropidło, mosiężny krucyfiks i śnieżnobiały, atłasowy obrus, który obszyto barwinkiem i białymi frezjami. W stołowym ustawiono podłużny ołtarzyk, czyli starą sieczkarnię, którą trzymano na tę okazję specjalnie w stodole. Mnie i siostrę ubrano w przyciasne, komunijne sukienki po kuzynkach i kazano stać na baczność przy meblościance. Do domu wpadł dziadek w zabłoconych butach i krzyknął:
– Kurwa, przewiążcież, tom kozę, bo stanęła przy furtce i ludziom drogę zawadza!
– O, matko przenajświętsza! Idą! Idą! Już ich widać na górce! – krzyknęła babka.
Ojciec, zatwardziały ateista, capnął z kuchni spory kawałek makowca i uciekł do stodoły. Po chwili na naszym podwórku zabrzmiała pieśń: „Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być."
Pierwszy wszedł ksiądz, potykając się o próg, za nim tłum wlał się do ganku, do sieni, do kuchni, do pokoju stołowego i do sypialni. Strażacy wnieśli obszytą tiulem skrzynkę i postawili ją na przygotowanym ołtarzyku. Matka zapaliła świece i wszystkie światła, co mnie bardzo zdziwiło, bo nigdy tego nie robiła za dnia. Po godzinie wikary pobłogosławił wszystkich i razem z kościelnym wrócili fiatem na plebanie, a w naszym domu dalej klepano koronki aż do zmroku. Matka otworzyła książeczkę do nabożeństwa i nieśmiało zaczęła czytać litanię loretańską:
– „Matko Nienaruszona, Matko Najmilsza, Matko Przedziwna, Matko Dobrej Rady, Domu Złoty, Arko Przymierza, Bramo Niebieska, Gwiazdo Zaranna...”
Po wyjściu księdza wszyscy się wyluzowali, częstowali się ciastem, siadali na parapetach i na linoleum. Dzieci chyłkiem uciekły na dwór, bawić się w rozsypanej pod płotem hałdzie piasku. Ktoś wypuścił psy z szopy i kury z kurnika. Przytuliłam się do babki i żułam rąbek obrusu. Chociaż byłam przerażona, koniecznie chciałam zajrzeć do Obrazu obszytego sztywnym tiulem. Myślałam, że siedzi tam jakaś hebanowa, miniaturowa kosmitka, która z daleka pachnie woskiem, kurzem i naftaliną. Kiedy się wychyliłam, żeby na nią zerknąć, zgasło światło.
– Wyjebało korki.
– Za duże obciążenie.
– Masz zapałki? – dobiegały szepty z sieni i z ganku, aż w końcu czar peregrynacji prysł. Świece wytopione podczas wielogodzinnej modlitwy pyrkały, pyrkały i w końcu też zgasły. Zaburczało mi w brzuchu. W półmroku pojedyncze postacie wymykały się na podwórko.
– Stasiek zajrzyj no za zasłonę i zobacz, co się stało z tym licznikiem! – krzyknęła do wuja-elektryka jego żona Kornelia. Usłyszałam rumor, metaliczny dźwięk przewracanego wiadra z moczem, śmiechy i przekleństwa.
– Wszystkie nasze dzienne sprawy – zaintonowała ciotka, żeby uratować sytuację. Zawtórowało jej tylko kilka osób: w tym matka, Babka i ciotka Kornelia. Pomyślałam, że tak nagły brak światła, to na pewno sprawka ojca, który nie mógł doczekać się kolacji, wszedł do domu przez drzwi od strony chlewa i wykręcił korki. Uśmiechnęłam się w duchu. Po kwadransie, zanim rażące światło znowu się zapaliło, zmęczeni ludzie rozeszli się do domów. Matka uklękła przed Obrazem i modliła się dziesięć minut, następnie wygoniła wszystkie dzieci ze stołowego, przykryła ikonę firanką, żeby jej muchy nie dokuczały, zgasiła światło i wreszcie poszła do kuchni, szykować kolację.
Komentarze (21)
-
- Wioletta Grzegorzewska
- 26 września 2011, 13:07:51
OBRAZ NADCHODZI
Matka bije dywany, podlewa szlauchem chodnik,
myjemy nawet listki kwiatów czule jak niemowlaka.
Wszystko lśni, gdy Obraz wchodzi z sanktuarium,
pobrudzone woskiem atłasy opierają się o próg,
tłum jak zagazowane muchy rozprasza się w sieni.
Niepojęta jest pieśń do pudła, z którego macki
madonny jak wymyte resztki pelargonii schodzą
pojedynczo na gumolit, niepojęty jest ten Obraz,
który wciąż mnie przemienia w przestraszone dziecko.
-
- Paulina Sałasińska (masquenada)
- 26 września 2011, 13:18:24
że tak sobie pozwolę: wyjebało mi korki :)
-
- Grzegorz Jędrek
- 26 września 2011, 13:32:48
Proza jest (według mnie!) nieporadna. Narracja jest nieciekawa.
Wiersz prezentuje się znacznie lepiej. Jest bardzo dobry, choć nierozumny. -
- Jarosław Trześniewski
- 26 września 2011, 13:39:39
Proza jest świetna, kawał prawdziwej ,socjologicznej obserwacji z peregrynacji Obrazu. Wiersz -również.
-
- Grzegorz Jędrek
- 26 września 2011, 13:46:16
Wypowiadam tylko swoją opinię. Własną, co też podkreślam.
-
- Wioletta Grzegorzewska
- 26 września 2011, 13:54:39
mas que nada,
:)
Grzegorzu,
zgadzam się. Nie mam talentu do prozy, ale uczę się pilnie, ponieważ w pamięci noszę kilka historii, które chciałabym komuś opowiedzieć.
Co to znaczy: "nierozumny wiersz"?
Jarosławie,
dziękuję. Ty, jak zawsze, z taryfą ulgową ;)
Pozdrawiam i życzę zdrowia. -
- Grzegorz Jędrek
- 26 września 2011, 13:56:40
nierozumny wiersz - to taki brzydki poetyzm. Inaczej nie potrafię tego wyrazić.
-
- Wanda Szczypiorska
- 26 września 2011, 14:36:43
Prześwietne opowiadanie. Nie doceni ktoś, kto tego chociaż raz w życiu nie widział
-
- Wanda Szczypiorska
- 26 września 2011, 14:42:40
Wiersz: I jak tu nie wierzyć w magię. Do licha! Ale przecież magia to szatan!!
-
- . .
- 26 września 2011, 16:09:12
Pod wrażeniem, zwłaszcza wiersza.
-
- Grażyna Koszewska
- 26 września 2011, 16:34:26
Kapitalne!
-
- Maria Kościuszko
- 26 września 2011, 18:42:42
Opowiadaj, Wioletto! Prozą lub wierszem, robisz to świetnie. Mam Twój tomik wierszy, a teraz z dużą przyjemnością przeczytałam to opowiadanie.
-
- Małgorzata Krupińska-Nowicka
- 26 września 2011, 22:06:25
Opowiadanie Wioletty Grzegorzewskiej jest napisane rewelacyjnie! Od początku tekstu bije autentyzm, znajomość tematyki.Zestawienie przygotowań do przyjęcia świętego obrazu z zaobserwowanymi zachowaniami tych ludzi, wulgaryzmami, robi szokujące wrażenie. Wszystko jest takie plastyczne i przekonujące, że czytając mam wszystko przed oczami, jakbym oglądała film. Przyjęłabym to jako kpinę z Kościoła, gdybym nie wiedziała, że takie sytuacje się zdarzały i zapewne zdarzają. Zapewne nie odważyłabym się pisać w ten sposób. Kojarzy mi się trochę z "Konopielką", a także z "Dniem świra". Owszem, osoby niewierzące utwierdzą się zapewne w przekonaniu, że dokonali właściwego wyboru. Dla osób wierzących lektura opowiadania zdaniem nie będzie szkodliwa.
-
- T G
- 26 września 2011, 23:42:30
Raz: świetny konkret, szczegół, fotograficzny obraz.
Dwa: jeszcze lepszy kontrapunkt dialogów.
"Ludzkie" przyjmuje "nad-ludzkie" i je wchłania, pochłania. -
- Damian Koryl
- 27 września 2011, 04:08:33
Co to ma wspólnego z rozdzielaniem na wierzących i niewierzących? Ani tu kpiny, ani podziału na czarne i białe, nie ma to żadnego znaczenia. Poza tym wiersz jest inny od tej prozy, jego końcówka zupełnie. Na siłę wcale nie wymagałbym więcej od tej narracji, jest jak ma być, oszczędnie, opisowo. I tak liczy się to przełamanie w środku, kiedy dziecko jest tak blisko obrazu, tajemnicy, i nagle jebią się korki. Siedzi sobie w tym jeszcze większy potencjał niż może się wydawać, aż się prosi o wiele więcej, ale i tak go tu nawet nieźle widać. Dobra, nie plotę już, spać.
-
- Małgorzata Sochoń
- 27 września 2011, 10:47:19
Bardzo mi się podoba to "wyłażenie" u Pani, Pani Wioletto.
Że z butelki po coca coli wyłaziła stonka, ze studni goły utopek, a z obrazu, w którym siedzi ukryta hebanowa kosmitka - macki jak wymyte resztki pelargonii. Zwłaszcza, że to wszystko jest właśnie takie. A już szczególnie pelargonie, bardzo "resztkowe" kwiatki. I proza i wiersz podobają mi się. -
- Baśka Sęk
- 27 września 2011, 12:20:41
Bardzo dobre, można by rzec nawet - doskonałe.
-
- Wioletta Grzegorzewska
- 27 września 2011, 19:59:05
Dziękuję Wam bardzo.
Każdy komentarz zachęca mnie do dalszej pracy :)
Czytaliście "Pierścień z papieru" Zygmunta Haupta?. Ach, gdyby spróbować tak jak on:
"...jeżeli spisuję tamto niepowtarzalne, czyż nie łapię się sam na praktykowaniu czarnoksięskich sztuk, wywoływaniu duchów, czyż nie jest to czymś z kategorii jarmarcznego panoptikum i estrady z magikiem i mistrzem autohipnozy na gościnnych występach? Używam autentycznych akcesoriów, ażeby to prawdziwie wyszło, przywołuję na pamięć autentyczny sęk w desce, spędzam płanetnik, te same chmury słońca zachodu, taka samą "rozżarzoną podkowę", jakby syczała w deszczu zachodu sprzed lat, zamieniam słowa banalne i stereotypowe z Chaimem Immergluckiem, właścicielem budy z żelaza, farbami i łańcuchami w uliczce biegnącej od rynku, jakbym chciał tymi łańcuchami sprząść i związać przeszłość i teraźniejszość"
Zygmunt Haupt, Pierścień z papieru, 1999
-
- T G
- 27 września 2011, 20:18:38
Hehe. Pierwsza moja myśl po lekturze była właśnie taka: znać tu Haupta. Wzór to chyba najlepszy z możliwych.
Pozdrawiam. I polecam "Baskijskiego diabła" oraz z "Z Roksolanii". -
- T G
- 27 września 2011, 20:49:11
P.S. Właśnie znalazłem w sieci Pani "W międzyczasie". Z Placem Teodora. Haupt po raz drugi.
-
- Wioletta Grzegorzewska
- 28 września 2011, 15:57:07
T G,
cieszę się, że ktoś to zauważył, że jedną vilanellę poświęciłam Hauptowi.
Bywam dzieckiem Schulza, Kafki, Myśliwskiego, Haupta, Zweiga, Musila i
Flauberta.
Ach gdyby tak zmiksować ich opowiadania, powstałby autor idealny, a potem (jak w Pachnidle) wszyscy rozszarpaliby go na strzępy :)