Niedziela
Las w Wootton Bridge. Tym razem wszędzie rozsiały się białawe lejkowce, kanie, zieleniatki. Najadłam się, jak kiedyś w Rzeniszowie, soczystych, mlecznych orzechów laskowych i jeżyn, a potem włóczyłam się kilka godzin między drzewami.
Słońce cętkowało miękkie poszycie jak w poemacie Robina Robertsona. W czerwcu wiele dni tłumaczyłam wiersz tego szkockiego poety pt. "Skórowanie Marsjasza" i kiedy weszłam na polanę, zobaczyłam powalony przez burzę, wypalony i poskręcany konar - Satyr - pomyślałam. Brunatne i błyszczące od rosy purchawki wyglądały jak stos finek gotowych do preparacji. Poczułam zapach krwi, ałunu i gnijącej skóry.
W ciepłe, niedzielne popołudnie fishandchipsy i grille w ogrodach pracują pełną parą. Telefony budzą się z letargu. Pajęczyna impulsów z satelitów ciąży nad domami jak wojskowa siatka maskująca.
Mężczyzna wysiada z jeepa i biegnie z kamerą w kierunku trzcin. Zapewne chce pokazać swojej żonie, która umiera w szpitalu St Marys, jak bladoniebieskie jaja czapli białej pękają powoli nad rozlewiskiem.
Słońce cętkowało miękkie poszycie jak w poemacie Robina Robertsona. W czerwcu wiele dni tłumaczyłam wiersz tego szkockiego poety pt. "Skórowanie Marsjasza" i kiedy weszłam na polanę, zobaczyłam powalony przez burzę, wypalony i poskręcany konar - Satyr - pomyślałam. Brunatne i błyszczące od rosy purchawki wyglądały jak stos finek gotowych do preparacji. Poczułam zapach krwi, ałunu i gnijącej skóry.
W ciepłe, niedzielne popołudnie fishandchipsy i grille w ogrodach pracują pełną parą. Telefony budzą się z letargu. Pajęczyna impulsów z satelitów ciąży nad domami jak wojskowa siatka maskująca.
Mężczyzna wysiada z jeepa i biegnie z kamerą w kierunku trzcin. Zapewne chce pokazać swojej żonie, która umiera w szpitalu St Marys, jak bladoniebieskie jaja czapli białej pękają powoli nad rozlewiskiem.



Komentarze (0)
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się